Miałam nie poruszać tematu najpopularniejszego konkursu politycznego muzycznego na świecie, ale kilka dni temu zobaczyłam to:
I zaświerzbiły mnie palce. Gwoli ścisłości - są to fragmenty relacji tekstowych z przedeurowizyjnych prób, pochodzące ze strony eurowizja.org, osobiście przeze mnie zescreenowane i zachowane na pamiątkę. Chociaż... w przypadku Eurowizji pewne rzeczy pamięta się już zawsze, czy tego chcesz czy nie.
Tak, oglądam Eurowizję. Bo mogę, lubię i chcę. Moim pierwszym świadomym konkursem był ten z 2003 roku (oj, szalało się za Ich Troje w dzieciństwie; fajne czasy), choć w odmętach podświadomości majaczy mi Piasek i jego futro z 2001 roku. Kilka(naście) lat temu festiwal ten osiągnął Mount Everest kiczu i żenady, ale myślę, że najgorszy okres mamy za sobą, choć może trudno w to uwierzyć. Oczywiście nadal zdarzają się ewenementy, ale to trochę tak jak w programach typu talent show - na castingach pojawiają się zarówno utalentowane osoby, jak i totalne freaki, bo musi być śmiesznie, ciekawie i różnorodnie.
Paradoksalnie najbardziej emocjonującym momentem zawsze jest ogłaszanie wyników. Piszę paradoksalnie, bo kilka rzeczy jest jasnych zawczasu:
- Armenia i Azerbejdżan konsekwentnie nie przyznają sobie punktów, przynajmniej w głosowaniu jurorskim. Polska i Rosja zresztą też;
- Bałkany dzielą się punktami, Skandynawia tak samo;
- liczymy na duże wsparcie od naszych drogich sąsiadów z Ukrainy, a zwykle dostajemy co najwyżej nędzne ochłapy w postaci małych punktów;
- po zakończeniu konkursu i tak będziemy wściekli, bo jury kolejny raz przejedzie po nas walcem. Nie sądzę, by w tym roku było inaczej.
Poza bezdyskusyjnie upolitycznionym głosowaniem są też inne rzeczy, które irytują. Przede wszystkim czepianie się o głosy Polonii. Nie jesteśmy jedynym krajem mogącym liczyć na wsparcie diaspory, ale to do nas ma się największe pretensje. Poza tym bądźmy szczerzy - wielu naszych rodaków ten konkurs kompletnie nie obchodzi, a nawet jeśli jest inaczej, to nie mają przecież obowiązku głosowania na Polskę. Druga rzecz to idea tak zwanej Wielkiej Piątki, czyli krajów, które automatycznie kwalifikują się do finału, tym samym zabierając miejsca reprezentantom krajów, które niejednokrotnie bardziej na nie zasługują. Przykład chociażby Wielkiej Brytanii - gdyby tylko chciała, mogłaby z palcem w nosie plasować się w ścisłej czołówce równie często jak Szwecja, a tymczasem niemal za każdym razem wysyła, ekhem, utwory bardzo niskich lotów. Tegoroczna propozycja, mimo wysokich notowań bukmacherów, również nie rzuciła mnie na kolana (czy kiedykolwiek było inaczej?), ale doceniam dobry głos wokalistki.
No dobrze, to może teraz słów kilka o tegorocznej Eurowizji. Na początku muszę się pochwalić wysoką skutecznością w obstawianiu finalistów:
Przepraszam za jakość, zdjęcie robione skarpetą.
O ile pierwszy półfinał był łatwy do obstawienia, o tyle w drugim dość długo się wahałam, gdyż szanse były znacznie bardziej wyrównane. Szkoda mi Estonii, bo przez problemy techniczne na początku występu mogła znaleźć się pod kreską i niedocenianej Islandii. A emotikony przy Grecji i Rumunii to swego rodzaju wyrazy dezaprobaty dla ich propozycji. Nie mogę zdzierżyć, ale awans mnie nie dziwi. W pierwszym przypadku, oprócz niezrozumiale wychwalanej pod niebiosa piosenki, na scenie wydarzyło się coś, co zwykle nazywam wokalnym gwałtem przez uszy, natomiast rumuńskie jodłowanie to jeden z powracających jak bumerang eurowizyjnych koszmarków, tuż obok wymachującego doczepionym warkoczem reprezentanta Czarnogóry i Chorwata z rozdwojeniem jaźni.
A polska propozycja? Jej największym mankamentem jest to, że w zasadzie trudno doszukać się w niej refrenu i kompletnie nie chwyta po pierwszym przesłuchaniu. Atut? Bardzo dużo zyskuje na żywo dzięki rewelacyjnemu wokalowi Kasi. Wydaje się bardziej wyrazista i dynamiczna, choć w kontekście ballady to przecież oksymoron. Zupełnie jak w zeszłym roku - Michał pokolorował (nomen omen) głosem swój utwór, z tym że był on znacznie bardziej zapamiętywalny niż Flashlight. Warto wysyłać dobrych wokalistów, bo nawet najlepsza piosenka staje się przaśna, gdy jej wykonaniu towarzyszą fałsze i nieczystości (vide zeszłoroczna Margaret na preselekcjach).
Od kilku lat po każdej Eurowizji wybieram sobie własnego zwycięzcę lub zwycięzców, których piosenki zostają ze mną na dłużej. W 2014 roku były to Undo Sanny Nielsen (motyw przewodni na Pozorach, o który byłam pytana 968409 razy) i Calm After The Storm The Common Linnets, w 2015 Goodbye to Yesterday (Elina Born & Stig Rästa) oraz Love Injected Aminaty, rok temu If I Were Sorry Fransa i Heartbeat Justsa (tym razem Łotwa srodze mnie zawiodła, więc nie ubolewam, że nie awansowała do finału). W tym roku uwielbiam City Lights Blanche. Totalnie mój klimat, słucham od marca. Można być pewnym, że gdzieś ten numer wcisnę. I chyba nawet wiem gdzie. No i może jeszcze Alma - Requiem. Wkręciło się.
A gdybym sama miała przyznawać punkty, ich podział przedstawiałby się następująco (zgodnie z zasadami pomijam Polskę):
1 - Norwegia (pan Orzech uważał, że ta piosenka może okazać się za trudna dla widzów, ale niby dlaczego? Za trudne są utwory w stylu tegorocznej Albanii i Gruzji. Już nie robią wrażenia typowe pompatyczne wyjce wykrzyczane ballady).
2 - Dania (piosenka niczym się wyróżnia, ale nie potrafię nie docenić rewelacyjnego wokalu. I to są prawdziwi zwycięzcy talent shows, a nie... ;) Swoją drogą, podejrzewam, że Anja zgarnie jakieś punkty od Australii, która na pewno pamięta ją z tamtejszego The Voice).
3 - Szwecja (typowa radiówka, ale jak już wpadnie w ucho, to nie chce wypaść. Na marginesie - według mojej współlokatorki wokalista wygląda jak wypomadowany Ken ;)).
4 - Armenia (reprezentantka tego kraju jako jedna z nielicznych w stawce dostosowała się do hasła tegorocznej Eurowizji, czyli Celebrate diversity. Ma w sobie coś magnetycznego ta piosenka, nie przeczę).
5 - Węgry (romsko, klimatycznie, jestem na tak).
6 - Azerbejdżan (ciekawy pomysł na występ, wykon momentami wywoływał na mojej twarzy grymas, ale piosenka przypadła mi do gustu).
7 - Bułgaria (wolałam zeszłoroczne Oo daj mi lufta! If Love Was A Crime, ale tę piosenkę też bardzo lubię, no i chłopak daje radę wokalnie, a to również istotne).
8 - Francja (oomhasymładimła... Uważam, że utwór sporo stracił na dodaniu angielskich wersów, ale niechaj już będzie, przyzwyczaiłam się. I daję ósemkę, bo nawet współlokatorka, eurowizjosceptyczka, przekonała się do tego numeru).
10 - Belgia (przyznałabym dwunastkę, bo to moja ulubiona piosenka, ale wykon na żywo niestety nie powala, a Blanche wygląda jakby miała za chwilę się rozpłakać).
12 - Włochy (chwytliwy numer, w dodatku z tekstem, który wbrew pozorom ma głębsze przesłanie. #Rome2018 i tyle w temacie).
Na koniec najważniejsza kwestia: kto wygra? Jeszcze kilka tygodni temu twierdziłam, że będę zaskoczona, jeśli trofeum nie trafi w ręce Francesco Gabbaniego, bo chyba dawno nie było tak zdecydowanego faworyta, jednak w ostatnich dniach jego notowania spadają na rzecz reprezentanta Portugalii. Z jednej strony poniekąd rozumiem fascynację Amar Pelos Dois, bo niezaprzeczalnie ten utwór ma jakiś klimat i jest inny niż pozostałe, ale z drugiej przychodzą mi do głowy trzy przymiotniki: nudny, archaiczny i moherowy. Za kilka miesięcy nikt nie będzie o nim pamiętał. A czy zadaniem Eurowizji nie powinno być wypromowanie piosenki, która stałaby się ogólnoeuropejskim przebojem?
Dodam jeszcze, że bukmacherzy plasują Polskę na jednym z ostatnich miejsc, ale bardziej niż ich wróżenie z fusów martwi mnie niedyspozycja głosowa Kasi, wyraźnie słyszana na nagraniu z dzisiejszej próby, zresztą już kilka dni temu ona sama mówiła, że jest przeziębiona. Miejmy nadzieję, że jutro będzie lepiej!
PS. Jakże mogłabym zapomnieć! Uwielbiam celne, często nasączone sarkazmem uwagi Artura Orzecha. Bez niego nie ma Eurowizji! Rok temu byłam zmuszona oglądać transmisję pozbawioną jego komentarza i czułam pustkę.
PS2. Wiem, następnym postem na tym blogu już musi być onepart siatkarski :)
PS3. Czy durny blogspot może przestać naliczać moje wyświetlenia, skoro sobie tego nie życzę?
PS4. Dlaczego jestem taką paplą?!



Muszę stwierdzić,że coraz bardziej podoba mi się pomysł na ten blog i z kolejnym wpisem czuję się bardziej u siebie.
OdpowiedzUsuńMiło,że dopuszczasz nas do swoich przemyśleń i z przyjemnością się je czyta poznając Cię z trochę innej strony niż za pośrednictwem Twoich opowiadań i wyczerpujących komentarzy pod naszymi historiami.
Zupełnie nie przeszkadza mi tu brak siatkarskich odniesień, pewnie dlatego, że tematyka obu wpisów w jakiś sposób mnie angażuje.
Choć akurat do Eurowizji mam zupełnie inny stosunek. To mój ulubiony,coroczny program rozrywkowy. Zabawny dzięki temu, że wcale zabawnym być nie chce. Uwielbiam ten kicz,nietrafiajacych w dźwięki artystów bądź "artystów", jedynego w swoim rodzaju Artura Orzecha. Kocham kółka dla chomika, płonące fortepiany, tancerzy, z których zawsze przynajmniej jeden ma własny show, przegięte stroje. Podziwiam nietrafione piosenki jakby sprzed kilku dekad, plagiatowane nuty i infantylne teksty składające się (jak Bóg da) z jednej zwrotki i refrenu. Śledzę pofestiwalowe memy i twitty. A moja złośliwa dusza chichocze wniebowzięta.
I nawet jeżeli zawsze któraś z propozycji rzeczywiście mi się spodoba (w tym roku Blanche, li i jedynie) to naprawdę nie chcę żeby Eurowizja dorosła. Pewnie dlatego, że ta muzyka to najczęściej naprawdę nie mój klimat i nie odnajdę się w formule, gdzie wszystko będzie starało się udawać poważny,muzyczny biznes, pełen młodych talentów, bo przecież prawdziwe marki się tu nie pojawią.
Ale gdzie podryfujemy - czas pokaże. Liczę na kolejne tradycyjne jodłowanie z Rumunii i Człowieka Konia z Azerbejdżanu. A przede wszystkim na Love,love, Peace, Peace.
To tyle ja. Dzięki, że mogłam się wygadać :) Mam nadzieje, że pojawi się tu jeszcze kilka różnych opinii, bo bardzo mnie ciekawi jak to jest u innych z tą Eurowizją ❤
Pozdrawiam bardzo.
Cieszę się, że tutaj zaglądasz i że koncepcja bloga do Ciebie przemawia. Ostatnio stwierdziłam, że będę pisać tutaj o czym zechcę, nawet jeśli nikt nie będzie tego czytał. Oczywiście prędzej czy później jakiś onepart siatkarski na pewno się pojawi, ale skoro mam pomysły związane nie tylko z fanfickami, to dlaczego ich nie realizować? :)
UsuńA co Eurowizji, to oczywiście dla mnie jest ona również swego rodzaju programem rozrywkowym i podchodzę do niej z dużą dozą dystansu, bo inaczej chyba się nie da, jednak cieszy mnie, że ten konkurs mimo wszystko zmierza w lepszą stronę, ale może to dlatego, że mnie na dłuższą metę ta cała głupkowatość, kabaretowość, komediowość i sitcomowość zaczyna męczyć (w zasadzie to się odnosi do wszelkich programów typu śmichy-chichy, których zawsze unikałam w nadmiarze). Owszem, nadal bywa, przaśnie, tandetnie, kolorowo i pseudo patetycznie, nadal są "pióra w dupie", armaty, księżyce i wiele innych rekwizytów, bo to najlepszy sposób, by zostać zapamiętanym na lata, ale trendy trochę się zmieniają, "artyści", których kopnął zaszczyt reprezentowania swojego kraju zaczynają traktować swój występ bardziej serio. Nie chcą się ośmieszyć, bo dla wielu z nich to jedyna okazja, by pokazać się szerszej publiczności. A co do płonących fortepianów to pamiętam coś innego i aż musiałam sobie odtworzyć występ Rosji z 2006 roku - z fortepianu w pewnym momencie wyłania się dziewczyna "wykąpana" w białej farbie ;) A dwa lata później zaangażowano nawet Pluszczenkę, który pląsał sobie na łyżwach obok wokalisty. Tak, Rosja była baardzo zdeterminowana, by wygrać i w końcu się to udało.
A Love, Love, Peace, Peace było świetne. Generalnie ubiegłoroczna Eurowizja była moim zdaniem dużo lepsza od tegorocznej, ale wiadomo, budżet też robi swoje.
Nie ma za co, jak tylko będziesz miała na to ochotę, to oczywiście zapraszam, bo zawsze fantastycznie mi się z Tobą "rozmawia" :)
Pozdrawiam serdecznie!